KSIĄŻKI JEDNEGO AUTORA

Książka do nabycia w księgarni internetowej lub u autora 607096513. Omawiam ponad 440 biografii oficerów lekarzy wet., którzy zostali zamordowani przez Rosjan w Katyniu, Charkowie i Miednoje, z tzw. "Ukraińskiej Listy Katyńskiej", zginęli podczas walk bądź w obozach niemieckich.... a także o 5 lekarzach, którzy zostali uratowani z Kozielska i Starobielska...

Kilka nazwisk: Ignaszak, Korabiowski, Kurczyński, Laskowski, Pióro, Sałęga, Sarnecki, Trocha, Wink, Sworowski, Jerzykiewicz, Rywacki, Korman, Matuszewski, Lemm, Karpiński, Gaworski, Bieńko, Czubernat, Chodorowski, Dębowski, Dumania, Grycewicz, Hanusiewicz, Jacko, Mucha, Matolski, Ozga, Perednia, Boguszewski, Budny, Gawina, Janowiec, Gucwa, Judycki, Kalman, Janikowski, Kwiatkowski, Marciniak, Nowak, Polankiewicz, Poplewski, Sadlak, Samosiej, Sadowski, Wattenberg, Deszberg, Grzywak, Kinasiewicz, Sapeta, Rotter, Michalski, Lewandowski, Mancewicz....

Staram się przygotować stronę, na której zamierzam zamieszczać wybrane teksty ze swoich książek: "PSY ZNANYCH I LUBIANYCH", 'CZTERY PSI I JA", "ŻYCIE GODNE POMNIKA", "ODNALEZIONE GŁOSY"...

Jestem trakcie pisania kolejnej pozycji z tytułem roboczym "UTRWALONE SKRAWKI ŻYCIA". Dodam, że z wykształcenia jestem lekarzem od zwierząt i o tej profesji staram się opowiadać. 


WSZYSTKIE KSIĄŻKI AUTORA DOSTĘPNE W CENIE 20 ZŁ (w tym koszt wysyłki) - kwota, która zostanie, przekazana będzie na działalność charytatywną autora.

 

Tytuły dostępne pod adresem:       gibvet@onet.eu lub 607096513:

 

CZTERY PSY I JA

SPOTKANIA PO LATACH. Wywiady z polskimi lekarzami weterynarii na emigracji

SYLWETKI WIELKOPOLSKIEJ WETERYNARII

 

NN-NIEZNANI NIEPOWTARZALNI

NIEPOWTARZALNI. Lekarze weterynarii ofiary II wojny światowej

LEKARZE WETERYNARII OFIARY II WOJNY ŚWIATOWEJ

 

ŻYCIE GODNE POMNIKA

ODNALEZIONE GŁOSY. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt

UTRWALONE SKRAWKI ŻYCIA

OKRUCHY GODNEGO ŻYCIA

 

PO WIELU Z NICH PŁACZĘ

SUPLEMENT DO NIEPOWTARZALNYCH (wyd. FINNA, Gdańsk 2017)

W tej pozycji omówiłem - deportacje sowieckie i niemieckie oraz biografie lekarzy wet., którzy znaleźli sie w niewoli niemieckiej i rosyjskiej. Dla przykładu: Wiktorski, Skrzek, Wrzask, Kryński, Koprowski, Rowiński, Martysz, Dawidowicz-Mądracki, Jamro, Chodorowski, Śmiałowski, Wcisło, Wojtal, Górniewicz, Wilkin i inni.


W Iłowcu na pstrągu w 2017 r.

 

Teresa Zaniewska

 

 

 

 

 

GRANITOWY  TESTAMENT

 

 

 

            Zbiór opracowań dotyczących historii medycyny weterynaryjnej wzbogacił się o kolejną pozycję, którą stanowi praca Włodzimierza A. Gibasiewicza Życie godne pomnika, prezentująca dramatyczne losy trzydziestu trzech polskich lekarzy weterynarii żyjących w ubiegłym stuleciu. Bohaterowie kolejnych rozdziałów to: Paweł Wiktorski, Zenon Skrzek, Bolesław Wrzask, Stanisław Kryński, Józef Stefan Koprowski, Ryszard Rowiński, Bazyli Martysz, Mieczysław Dawidowicz-Mądracki, Mieczysław Jamro, Bolesław Chodorowski, Franciszek Śmiałowski, Bronisław Wcisło, Franciszek Wojtal, Eugeniusz Górniewicz, Marian Wilkin, Mirosław Jerzy Kuźnicki, Aleksander Sielicki, Zbigniew Wolwowicz, Mieczysław Zalasiński, Bronisław Szeremeta, Kazimierz Gintrowicz, Eugeniusz Skalmowski, Władysław Lewkowicz, Wanda Dubieńska-Nowak, Henryk Semrau, Tadeusz Podbielski, Feliks Józef Albrycht, Helena Bujwid-Jurgielewiczowa, Józef Hawryluk, Augustyn Józef Flak-Wierzbicki, Aleksander Kusio oraz Edward Ostrowski i Wacław Bieńkiewicz. Przytoczenie tej „kolumny duchów” jest w pełni uzasadnione. Każda z tych postaci – jak sugeruje w tytule autor – jest godna pomnika. Czy współczesny student weterynarii zna chociaż jedno z tych nazwisk? Czy potrafimy powtórzyć choćby jedno słowo z ostatniej rozmowy tych cichych bohaterów? Określenie „bohater” nie jest tu na wyrost. W recenzowanej pracy znalazły się świadectwa i dowody bohaterstwa tych - najczęściej skromnych - ludzi skrupulatnie zebrane przez autora.

 

            Omawiana publikacja jest kontynuacją wcześniejszej pracy dotyczącej losów lekarzy weterynarii NN – Nieznani Niepowtarzalni. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt (2010). Włodzimierz Gibasiewicz pisze, iż prezentuje drogę życiową przypadkowo wybranych lekarzy weterynarii, którym dane było przeżyć ciężkie czasy wojny i pracować w zawodzie w pozornie wolnym kraju. Musimy zatem mieć świadomość, iż tych nieznanych niepowtarzalnych było znacznie więcej. Przypominając nazwiska i życiorysy kilkudziesięciu lekarzy weterynarii – podkreśla W. Gibasiewicz – (…) pragnę pokazać, że w tak małej grupie zawodowej znalazło się tak wielu patriotów, wielu dzielnych i mężnych, i godnych wyniesienia na pomniki. Tak mała, a zarazem wielka duchem grupa skromnych i oddanych ojczyźnie ludzi. Czy to nie zadziwiające?

 

            Wszystko, co wiąże się z tą książką jest zadziwiające, przede wszystkim zaś niezwykła pracowitość jej autora, doktora nauk weterynaryjnych, publicysty i historyka. Włodzimierz Gibasiewicz jest autorem ponad 130 artykułów naukowych i popularno-naukowych, podręcznika dla lekarzy weterynarii Choroby królików (PWN, 1989) oraz książek: Psy znanych i lubianych (1992), Sylwetki wielkopolskiej weterynarii (2003), Spotkania po latach (2007), Cztery psy i ja (2009), Niepowtarzalni. Lekarze weterynarii – ofiary II wojny światowej (2009), Nieznani niepowtarzalni. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt  (2010) oraz przyjętej do druku w wydawnictwie Bellona pracy Lekarze weterynarii – ofiary II wojny światowej. Od wielu lat jest redaktorem naczelnym Biuletynu Informacyjnego Wielkopolskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. Pracuje też zawodowo jako prywatny i urzędowy lekarz weterynarii w Dusznikach Wielkopolskich.

 

            Nie tylko bohaterowie książek Włodzimierza Gibasiewicza są godni pomnika, ale także ich autor, który zasłużenie otrzymał Odznaczenie Honorowe Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych Autorowi wyróżniającej się książki weterynaryjnej. Przyznano mu je w roku bieżącym za pracę Lekarze weterynarii – ofiary II wojny światowej. Jaka siła sprawcza decyduje o tym, iż po całodziennej, odpowiedzialnej pracy zawodowej sięga po pióro? Potrzeba? Konieczność? Poczucie spłaty długu zaciągniętego u minionych pokoleń lekarzy weterynarii? Autor mówi o (…) utrwalaniu pamięci, chociaż cząstki pamięci i historii o ludziach nazywanych przez wielu sympatycznym określeniem lekarzy od zwierząt. Posiada głęboką świadomość, iż przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to nawzajem powiązane ogniwa naszych dziejów, a historia to świadek czasów, światło prawdy, żywa pamięć, mistrzyni życia, zwiastunka przyszłości (Liwiusz). O zainteresowaniach historycznych Włodzimierza Gibasiewicza zadecydował z pewnością swoisty genius loci. Pochodzi z Wielkopolski, której mieszkańcy zapisali chlubną kartę w historii polskiej oświaty, szczególnie zaś w dziewiętnastym i na początku dwudziestego stulecia. To tam uformowała się słynna szkoła organiczników poznańskich, która odegrała ogromną rolę w kształtowaniu świadomości narodowej Polaków i odrodzeniu życia gospodarczego w niepodległej Polsce. Do Technikum Weterynaryjnego uczęszczał we Wrześni, w mieście, gdzie najdłużej trwały strajki szkolne, opór przed germanizacją w obronie polskości i wiary. To uczennica jednej z tamtejszych szkół, Bronka Śmidowiczówna, zwróciła nauczycielowi Katechizm w języku niemieckim, trzymając go przez fartuszek, by – jak powiedziała – nie splamić sobie rąk. Bez wątpienia dramatyczne dzieje Wielkopolski i żywa pamięć o nich ukształtowały świadomość historyczną Włodzimierza Gibasiewicza, jego szacunek dla przeszłości i zainteresowania losami przedstawicieli jego korporacji zawodowej, co zaowocowało wieloma cennymi publikacjami.

 

            Życie godne pomnika to książka ważna i potrzebna, będąca wynikiem benedyktyńskiego trudu jej autora. Jest ona czymś znacznie więcej niż prezentacją trzydziestu trzech sylwetek lekarzy weterynarii, wywodzących się przeważnie z Kresów Południowo-Wschodnich, o których losach bardziej zdecydowała historia niż oni sami. Włodzimierz Gibasiewicz przytacza tu wspomnienia spisane przez samych bohaterów poszczególnych rozdziałów, cytuje wiele listów, relacji udostępnionych bądź złożonych przez rodziny na potrzeby niniejszej książki. Wyłaniają się z nich bohaterskie postacie lekarzy sportretowanych na tle burzliwej i tragicznej epoki. Mamy tu jasno zarysowane tło historyczne relacjonowanych wypadków i zdarzeń. Poznajemy również realia niespokojnego dwudziestego stulecia oraz wiele szczegółów dotyczących życia politycznego i społecznego, ale i tych odnoszących się do działalności zawodowej lekarzy weterynarii w okresie międzywojennym. W kontekst historyczny (deportacje sowieckie, deportacje hitlerowskie, w niewoli niemieckiej, w niewoli rosyjskiej) doskonale wprowadza czytelnika syntetyczny wstęp, którym autor opatrzył swą pracę. Zapoznając się z sylwetkami tych niezwykłych ludzi poznajemy ich życie rodzinne i zawodowe, ale również ich stosunek do ojczyzny, sposób bycia, świat wartości. Wszyscy lekarze weterynarii, których autor przywołuje na kartach książki byli patriotyczni i ofiarni. Swój zawód i postrzeganie oraz rozumienie ojczyzny traktowali służebnie. Dla pierwszego pokolenia wychowanego w Polsce niepodległej ona była najważniejsza. (…) wielu – pisze Włodzimierz Gibasiewicz – zapłaciło swoim najcenniejszym dobrem, swoim życiem za to tylko, że byli ludźmi wykształconymi, że byli Polakami, i że byli elitą kraju. Wszyscy godni są spiżu, w którym zastygną w swej szlachetności, godności i męstwie.

 

            Wśród trzydziestu trzech bohaterów książki Włodzimierza Gibasiewicza znalazły się dwie kobiety: Helena Bujwid-Jurgielewiczowa, pierwsza Polka, która uzyskała dyplom lekarza medycyny weterynaryjnej w polskiej uczelni oraz Wanda Dubieńska-Nowak. Poświęcony tej ostatniej rozdział nosi tytuł Życie godne pomnika – z pewną skazą. Z okresu wojny obronnej 1939 roku – pisze autor – oraz kilku lat przed nią nie mamy żadnych informacji o jej (Wandy Dubieńskiej-Nowak – dop. T.Z.) losie. Możliwe, że w tym czasie studiowała weterynarię (w Wiedniu, Berlinie?). Zadziwia nas wiadomość, że w okresie okupacji hitlerowskiej podpisała volkslistę. Nie znamy bliższych okoliczności tej decyzji. To nie musi być skaza. Volkslistę podpisał np. jeden z bardziej wziętych przed wojną lwowskich lekarzy medycyny, Stefan Heintsch, co stanowiło doskonały kamuflaż dla jego i synów (Pawła i Piotra, który zginął zakatowany na Zamku w Lublinie) patriotycznej działalności konspiracyjnej. Uwieczniony został przez Grzegorza Mazura i Jerzego Węgierskiego w kompendium Konspiracja lwowska 1939-1944. Słownik biograficzny (Katowice 1997).

 

            Książka Życie godne pomnika ocala od zapomnienia kilkudziesięciu bohaterskich lekarzy weterynarii. Pozwala zrozumieć – jak to napisał Aleksander Sołżenicyn w Archipelagu Gułag 1918-1956, właśnie w odniesieniu do Jerzego Węgierskiego, porucznika AK, aresztowanego w 1945 roku przez NKWD i zesłanego na 10 lat do łagru – co to jest polska duma i na czym polegał sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania. (…) Gdyby wszyscy byli tak dumni, to jaki tyran by się ostał? Myślę, że te słowa można odnieść do wszystkich bohaterów książki Włodzimierza Gibasiewicza, w szczególności zaś do Bronisława Szeremety i Mariana Wilkina.

 

            Życie godne pomnika to książka doskonale udokumentowana, wycyzelowana do ostatniej kropki. Jej autor jest wprawdzie szlachetnym pasjonatą, historykiem-amatorem, lecz wielu badaczy zawodowo parających się tą dziedziną wiedzy mogłoby mu pozazdrościć znajomości warsztatu metodologicznego historyka: umiejętności krytyki oraz interpretacji źródła historycznego, dociekliwości w badaniu faktu naukowego, uczciwości i rzetelności wreszcie. Włodzimierz Gibasiewicz niemalże każdy dokument miał w ręku, osobiście rozmawiał z rodzinami, wyprawiając się w najodleglejsze zakątki Polski, ze zrozumiałych względów, rzadko ze świadkami opisywanych zdarzeń. Korzystał z literatury, ale nie z cudzych przypisów, nie mając źródła w ręku. Biorąc pod uwagę osiągnięcia badawcze Włodzimierza Gibasiewicza w zakresie historii medycyny weterynaryjnej, bez przesady można stwierdzić, że poświęcił życie pieczołowitemu scalaniu strzępków wiedzy o losach wielu polskich lekarzy weterynarii (byli i tacy, którzy polskość wybrali świadomie: vide rozdział Wybrał Polskę /Józef Hawryluk/), którzy zapisali w historii zawodu tak piękną kartę. Autor, scalając okruchy ich biografii, scala jednocześnie rozbity świat ich rodzin. Za każdym z tych losów stoi rodzinny dramat, poranione biografie bliskich, osierocone dzieci, cierpienie i ból. Okrutny czas nazwany, czy wyjaśniony los bliskiej sercu osoby - nawet, jeśli tragiczny - mniej boli. I to jest dodatkowy „ukryty wymiar” tej małej-wielkiej książki.

 

            Objętość jej rozdziałów jest zróżnicowana, lecz wszystkie szkice są jednakowo ważne. Te krótkie są niczym solidny fundament: można do nich dodawać kolejne odkrywane fakty. Stanowią punkt podparcia i odniesienia. Włodzimierz Gibasiewicz niezwykle starannie podał źródła zamieszczonych w książce licznych fotografii ( zdecydowana większość jest publikowana po raz pierwszy). Archiwalia scharakteryzował pod względem ilościowym, jakościowym i lokalizacyjnym. Ponadto, książka jest zaopatrzona w indeks nazwisk (ileż to rasowych” prac historycznych go nie posiada!) Autor zadał sobie trud dotarcia do wielu rodzin bohaterów książki, w kraju i za granicą. Spisał mnóstwo relacji, przeprowadził dziesiątki wywiadów, które stanowią nie tylko źródło wiedzy o ich ojcach i dziadach, lecz również i o nich samych.

 

            Oprócz lekarzy weterynarii Włodzimierz Gibasiewicz uwiecznił na kartach swej pracy jeszcze trzy postacie godne pomnika. Jedna z nich to matka autora, Irena Gibasiewicz, która w latach II wojny światowej została wywieziona na roboty do Niemiec, pracowała niewolniczo przy budowie torów kolejowych (Würzburg) i szczęśliwie przeżyła zasypanie podczas dywanowego nalotu aliantów na Drezno. To jej pamięci poświęcił tę książkę. Drugą z nich jest Andrzej Przewoźnik, wielki przyjaciel, patriota, orędownik ludzkiej prawdy o nieludzkiej ziemi, dotyczącej nie tylko II wojny światowej. Był człowiekiem, który osobiście dopomagał autorowi w poszukiwaniu nazwisk lekarzy weterynarii, którzy później znaleźli się (bądź nie) na tzw. liście katyńskiej. Ostatnia odpowiedź pisemna w tej sprawie opatrzona jest datą 9 kwietnia 2010 r. i odręcznym podpisem Andrzeja Przewoźnika. Dzień później zginął w katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem. I postać trzecia: ks. Zdzisław J. Peszkowski, którego słowa autor uczynił mottem tej książki: Wielka jest skala niegodziwości i ludobójstwa popełnionego na Polakach. Ofiara ich życia nie może być nigdy zapomniana. Dali przecież kształt naszej wolności. Ludobójstwo komunistyczne na milionach Polaków jest zbrodnią dotąd nie ukaraną i nie potępioną.

 

            Książkę wydano ( Warszawska Firma Wydawnicza s.c.) bardzo starannie. Jej szata graficzna, czytelna i estetyczna, została dobrze skomponowana z treścią książki. Na brunatno-brązowym tle drut kolczasty, na który nałożono ciekawą, symboliczną fotografię: nogi mężczyzny, jego bose stopy i obok kudłate łapy psa. Na piasku ślady stóp człowieka i zwierzęcia, dwóch utrudzonych wędrowców. Pies wierny człowiekowi. Człowiek - ojczyźnie. Są wierni po Herbertowsku. Idą.

 

             Zwierzęta są również godne pomników. Ma go już sławny niedźwiedź Wojtek, czworonożny przyjaciel żołnierzy z Armii gen. Władysława Andersa, który przebył z nimi cały szlak bojowy przez Iran, Irak, Palestynę, Egipt do Włoch. Brał udział w bitwie o Monte Cassino, pomagał nosić ciężkie skrzynie z amunicją, dzięki czemu został uwieczniony w oficjalnym emblemacie 22. Kompanii Zaopatrywania Artylerii 2. Korpusu Polskiego. Być może pies, który uratował od śmierci jednego z bohaterów Życia godnego pomnika, lekarza weterynarii Aleksandra Kusio, także zasłużył na pomnik, chociaż jego właścicielem był komendant stalagu IA w Angerapp koło Królewca?

 

            Omawiana praca Włodzimierza Gibasiewicza została napisana dobrą polszczyzną. Autor umiejętnie zapanował nad bardzo zróżnicowanym materiałem w budowaniu całości. Każdy rozdział ma oryginalną i przemyślaną kompozycję, odmienną od poprzedniego. Dzięki temu książka nie nuży. Każdy jej czytelnik, mimo powagi poruszanej tu tematyki, znajdzie w tej lekturze przyjemność, której towarzyszyć będzie refleksja: pojedynczy człowiek rzadko tworzy historię, ale zawsze podlega okrutnym jej prawom.

 

 

 

 

 

 

 

                                                                       Teresa Zaniewska

 

Książka "Cztery psy i ja" w trakcie powstawania miała tytuł "Autobiografia na cztery łapy". Ponieważ podobna pozycja ukazała sie wcześniej na rynku księgarskim musiałem tytuł zmienić. Książka inna od wcześniej zaprezentowanych. Nic nie ma w niej o "zamordowanych" lekarzach. Wspominam piękne młode lata. Dużo o moich psach - cocker spanielach. Wspominam Daszę, Igę i Marcelkę oraz kilka stron o aktualnym spanielu - Gaji.

 

Kiedyś, aby było to także w przepięknym Kołobrzegu, spuszczona biega po nadbrzeżu, gdzie rozlokowały się wszelkiej maści sklepiki i bary. I w pewnym momencie widzę, jak biegnie w przeciwnym kierunku, jakby szukała nas ale zupełnie nie w tym kierunku. Biegnę do niej, gdyż wiem, że za chwile świrek się całkowicie zgubi... Strasznie zmęczony dopadam Igę w odległym barze i najchętniej spuściłbym jej lanie, ale gdy zobaczy człowiek te szczęśliwe oczy z powodu odszukania swoich „pańciów” złość mija i Iga zapięta na smyczy wraca ze spoconym swoim panem do pokoju hotelowego. Odpoczywam na łóżku, a przed oczyma zaczynają się przewijać opowieści o psach znanego dziennikarza Stanisława Głąbińskiego (dziennikarza, korespondenta zagranicznego). Otwieram książkę, poszukuję odpowiednich stron i czytam: później przeżyliśmy tragiczną śmierć naszego kundelka o imieniu Miki. W 1939 roku, kiedy żołnierze rosyjscy zajmowali nasz dom na kwaterę (nota bene tato Stanisława Głąbińskiego prof. Uniwersytetu Lwowskiego zginął w 1942 r. w więzieniu bolszewickim) , pies rzucił się na nich, a ci zatłukli go kijami i kolbami karabinów. Wymordowano wówczas niemal całą moją rodzinę. Następne takie dramatyczne zdarzenie przeżyłem w podkomandzie obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen (Rogoźnica). Niemiec – esesman poszczuł mnie ogromnym psem, czarnym wilczurem. Przerażony stałem przed szeregiem więźniów w pasiakach i czekałem, kiedy dopadnie mnie ta bestia, powali w błoto i zacznie na żywca rozszarpywać. Gdyż byliśmy światkami takich wydarzeń. „Bestia” z głośnym szczekaniem podbiegła do mnie, wspiełą się na tyle łapy, przednimi opierając się o moje ramiona i zaczęła mnie lizać po twarzy gorącym jęzorem. Ten mokry, gorący jęzor czuje jeszcze dzisiaj i wciąż uwielbiam, jak mnie pies liże po twarzy. Zdarzenie to zakończyło się pobiciem, wypluciem jednego zęba i skierowaniem do hundkomanda (kamando opiekujące się psami obozowymi). „Bestia” wilczur imieniem Ton, stał się moim najlepszym przyjacielem. Był to dla mnie raczej znośny okres podczas pobytu w obozie – jeśli tak w ogóle można powiedzieć, gdyż posilaliśmy się razem z psami, które karmiono – rzecz jasna – o wiele lepiej niż więźniów. Pewnego dnia jednak nakryto nas na tym, zostaliśmy solidnie pobici – udało mi się doliczyć do siedmiu, potem już ból pomieszał mi wszystko w głowie... i odesłano nas do kamieniołomów. Po wojnie – opowiada pan Stanisław – miałem wilczura imieniem Mucha, którego w ruinach Warszawy ktoś zabil. Potem wspomniałbym i innego psy, duże, małe, złe i poczciwe, które towarzyszyły mi na każdym kroku. To będzie kiedyś w pamiętnikach. Teraz chciałbym opowiedzieć o swoich dwóch ostatnich psach. Tapek urodził się w Warszawie w 1963 r. i w pierwszych tygodniach nic nie zapowiadało, ze życie będzie miał burzliwe i wypełnione podróżami, jakie odbyło niewielu spośród jego dwunożnych braci, niepotrzebnie określających się dumnie – ludźmi. Ledwo Tapek u nas zamieszkał, okazało się, że na kilka lat przenosimy się... do Chin. Byliśmy przerażeni, gdyż nikt ze znajomych nie umiał nam odpowiedzieć na trzy podstawowe pytania: jak jamnik zachowuje się w samolocie odrzutowym, jak znosi długie podróże powietrzne i jak reaguje na mieszkańców odległych kontynentów? Ta podróż wyjaśniła nam wiele i dzisiaj możemy podzielić się naszymi obserwacjami: otóż jamnik, chociaż nerwowy woli latać niż jeździć samochodem. Należy pamiętać, że jeśli jamnik śpi, to i jego pan musi czuwać, jako że nawet drzemiący pies pilnuje i rzuca się na każdego, kto zagraża bezpieczeństwu jego pana. W samolocie radzieckich linii lotniczych relacji Moskwa-Irkuck-Pekin zasnąłem, kiedy stewardesa starła się mnie obudzić, podawano bowiem obiad, stała się rzecz przykra i nieoczekiwana. Tapcio rzucił się w mojej obronie i ugryzł przerażoną stewardesę w rękę. Wydarzenie skończyło się niewielkim skaleczeniem i ogromnymi przeprosinami...

 

Przypominając te zdarzenia zmierzam do przedstawienia opowieści o Korze.

 

„Sądzę, że psy odwdzięczają się nam w pełni. Raz wychowane w polskim otoczeniu, zawsze do niego będą już tęsknić i doskonale je odróżniać. Mogłem się o tym przekonać w bardzo odległym i wręcz niezwykłym miejscu, w gęstej dżungli indonezyjskiej na Jawie pod Dżakartą. Znalazłem się tam jako gość starszego małżeństwa. Oboje byli zoologami i dyrektorami indonezyjskiego ogrodu zoologicznego, a właściwie czegoś w rodzaju ogromnego zoologicznego skansenu, założonego w dżungli, w której hodowano faunę indonezyjskich wysp. Zmęczeni całodziennym krążeniem po ogrodzie-dżungli, wieczorem rozsiedliśmy się na obszernej werandzie ich bungalowu. Wyciągnęliśmy się w wygodnych leżakach, popijając jakiegoś drinka. Uprzedzono mnie, że w domu są wielkie psy, które jednak bezbłędnie poznają gości i są dla nich łagodne, a co najmniej wobec nich obojętne. I faktycznie, gdyśmy tak leżeli, wsłuchując się w głos dżungli, na taras wkroczył ogromny dog. Obwąchał mnie i położył się przy panu domu. W chwilę potem z ciemnej głębi mieszkania wyszedł coli. Była to, jak się potem dowiedziałem, poważnie już w wieku posunięta staruszka. Szła wyraźnie sztywno. Tu muszę wrócić, że rozmowa pomiędzy mną a gospodarzami domu odbywała się częściowo po niemiecku, częściowo po angielsku i w tych też językach gospodarze zwracali się do zwierząt, w tym i do doga. Nie bardzo też mogłem zrozumieć, dlaczego do coli zwracali się jakoś dziwnie, bo wołano:

 

  • Chosz, Kora, chosz!

  • W jakim to języku? – zapytałem.

  • Jak to, nie rozumie pan? Przecież po polsku!

  • Dlaczego po polsku? – zdumiałem się.

  • Bo to polska suczka. Przyjechała z waszego kraju z jednym dyplomatą i

    przez lata żyła w polskim domu. Potem dyplomata wracał, ale ona już była stara i obawiano się, że nie wytrzyma trudów podróży i ponownej aklimatyzacji w Europie.

    Kora stała po środku tarasu w jasnej poświacie księżyca i lekko, przyjaźnie machała puszystym ogonem.

    Całkiem bez zastanowienia zawołałem do niej po polsku:

  • Kora, chodź tu piesku! Dobra Kora.

    Coli cały zesztywniał. Ogon zatrzymał się i drżał w widocznym podnieceniu. Uszy wyprostowane łapały każde moje słowo. Niezbyt zdając sobie sprawę ze zmiany, jaka nastąpiła w psie, zawołałem raz jeszcze:

  • Kora, kochana, chodź tu!

    To co nastąpiło, będę pamiętał do końca życia. Kora wydała jakiś płaczliwy dźwięk, ni to wycie, ni to szloch, i rzuciła się w moim kierunku. Wspięła się na mnie i dosłownie objęła przednimi łapami. Tuliła do mnie swój łeb lub lizała mnie mokrym, gorącym językiem.

    Skończyłem czytać ten fragment i spokojnie zasnąłem. Obok mnie czujnie spała Iga.