Einstein powiedział: życie jest jak jazda na rowerze, kto nie pedałuje ten traci równowagę! Mając to na uwadze zaczynam "pedałować". 11 listopada przystąpiłem do wywieszania naszej biało-czerwonej. A kilkadziesiąt lat temu wymyśliłem sobie, że flagę będę wieszał na wysokości I-piętra. Gdy przybywało lat coraz trudniej wchodziłem po drabinie. I stało się. Zostałem pierwszą ofiarą ostatniego dnia Święta Niepodległości. Drabina pękła ja spadłem na kostkę brukową i przez chwilę zopomniałem o oddychaniu... Wydarzenie to przypomniało mi zdania opowieści z książki "Cztery psy i ja". Krótki cytat: "Tytułem psa i kota roku Amerykańskie Towarzystwo Zapobiegania Przemocy Wobec Zwierząt uhonorowało psa Toby i kotkę Winnie. Pies skacząc na plecy swojej pani, która zadławiła się skórką od jabłka uratował jej życie. Nigdy w ten sposób się nie zachowywał. Natomiast kot ocalił swoją panią przed zatruciem gazem. Gdy wyczuł ulatniający się gaz podczas snu domowników, kotka wskoczyła na łóżko i tak przeraźliwie i długo miauczała, aż jej pani się przebudziała. Przykładów można mnożyć w nieskończoność. Dołożę własny. Przed Swiętami Bożonarodzeniowymi zdejmowałem z balkonu donice wypełnione ziemią i resztkami kwiatów i stałem na długie wyciągniętej, bardzo chwiejnej, drabinie (dodam w nawiasie: tej samej). Miałem do zdjęcia cztery donice. Gaja (mój pies) leżała obok i przez cały czas obserwowała moje manewry. Z trudem zdjąłem pierwszą donicę. Wszedłem po drugą ledwo, ledwo ale udało się. Gdy podchodziłem do trzeciej, Gaja zaczęła na mnie szczekać. Nigdy wcześniej na mnie nie szczekała. Zastanowiłem się, dlaczego ona szczeka. Przestała ujadać, kiedy zszedłem i poprawiłem ustawienie drabiny. Pozostałe donice już zdąłem spokojnie. Gaja nie została psem roku i nikt nie zaprosił jej do wspaniałej restauracji w Rockerfeller Center. Jednak - co ma wisieć nie utonie. Szkoda, że w Dzień Niepodległości nie było przy mnie Gaji.

A teraz o zdrowym powietrzu na wsi.

 

Po spacerze Gaja podbiega do narożnika działki i szczeka. To znak, że przybył jakiś pacjent. Rzeczywiście - umówiony na szczepienie profilaktyczne wyżeł. Właściciel psa, to dyrektor miejscowego domu kultury. Podczas szczepienia rozmawiamy na temat naszej gminy.

- Gmina ekologiczna i niech pan patrzy, po rowach tony śmieci - wskazuję na ulicę Polną. - No przesadzam, że tony, ale sporo tego każdego roku z rowów wyciągają dzieci z miejscowej szkoły podstawowej podczas Dnia Sprzątania Świata...

- Ale nie mamy tutaj żadnego przemysłu. Czyste powietrze, zdrowy klimat.

- Wodociągi, kanalizacja - podtrzymuję rozmowę.

- Przed laty znany profesor laryngolog, gdy przystępował do zakupu dworku w naszej gminie, badał klimat i to zdecydowało o tym zakupie...

_ Panie dyrektorze, profesor kupił na wsi dworek, gdyż nie znał wówczas badań wskazujących na to, że ludność wiejska częściej zapada - na przykład - na chorobę Parkinsona niż ludność miejska.

- Dziwne. Proszę wytłumaczyć - zaniepokoił się.

- No właśnie. Okazało się, że stosowane przez rolników środki ochrony roślin mają wpływ na śmierć neuronów odpowiedzialnych za wydzielanie dopaminy i mamy już Parkinsona. Podobnie z rakiem piersi. Wszyscy mieszkający na wsi musimy wdychać rozpylane w drobinach środki ochrony roślin, a stosuje się ich coraz więcej i tak będzie. Jesteśmy więc na nie skazani i śmieszne wydaje się, gdy poważni ludzie mówią o czystym i zdrowym wiejskim powietrzu... Dodam jeszcze - jeśli pan pozwoli - że ten środek używany jest także w zwalczaniu pcheł u psów i kotów - nazywa sie rotenon, pestycyd naturalny, gdyż pochodzi z rośliny Derris elliptica, to on właśnie działa w opisany sposób. Niekorzystne dla nas jest także to, że bardziej niebezpieczne dla naszego zdrowia są niewielkie jego dawki niż poważne zatrucie.

- Skad mamy o tym wiedzieć. Lekarze przepisują, zalecają, ludzie używają, rolnicy rozpylaja, wszyscy wdychają... - można zwariować.

- No właśnie - można zwariować.

Kiedy żonie powtórzyłem powyższą rozmowę, uśmiechnęła się zagadkowo i spokojnie odparła: ostatnio w pewnym polskim filmie usłyszałam podobny tekst: "Czy wiesz dlaczego na wsi jest zdrowe powietrze? Bo rolnicy nie otwierają okien".

 

I tym żartobliwym akcentem kończę poważny temat świeżego wiejskiego powietrza. 



 

Teresa Zaniewska

 

Warszawa

 

 

 

WŁODZIMIERZ,  SYN  KAZIMIERZA,  WNUK  ANTONIEGO  I  JEGO  ODNALEZIENI  BRACIA  W  ZAWODZIE

 

 

 

            Do rąk Czytelników trafiła kolejna książka Włodzimierza Gibasiewicza, znanego już na rynku wydawniczym autora, tak ważnych i potrzebnych publikacji z zakresu historii medycyny weterynaryjnej. Praca Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt (Warszawa 2013) stanowi kontynuację zainteresowań i poszukiwań badawczych Włodzimierza Gibasiewicza, który od lat prowadzi je fachowo, rzetelnie i z dużą skutecznością, o czym świadczy bibliografia zarejestrowana w katalogach pod nazwiskiem autora. A zatem zadziwiające są nie tylko losy lekarzy zwierząt, ale również pasja i wytrwałość tego niestrudzonego badacza.

 

            Włodzimierz Gibasiewicz jest autorem ponad 130 artykułów naukowych i popularnonaukowych, podręcznika dla lekarzy weterynarii Choroby królików (PWN, 1989) oraz książek: Psy znanych i lubianych (1992), Sylwetki wielkopolskiej weterynarii (2003), Spotkania po latach (2007), Cztery psy i ja (2009), Niepowtarzalni. Lekarze weterynarii – ofiary II wojny światowej (2009), Nieznani niepowtarzalni. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt (2010), Życie godne pomnika (2012). Od wielu lat jest redaktorem naczelnym Biuletynu Informacyjnego Wielkopolskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. Pracuje też zawodowo jako prywatny i urzędowy lekarz weterynarii w Dusznikach Wielkopolskich.

 

            Kolejne książki, wycyzelowane do przysłowiowej ostatniej kropki, wydaje autor w tempie godnym „w i e l k o p o l s k i e g o siłacza”. To tradycja i nieustanne doświadczanie t a m t e g o miejsca, swoisty genius loci, daje autorowi siłę. Jakaś niezwykła aura towarzyszy książkom Włodzimierza Gibasiewicza, które, mimo iż nie są beletrystyką, czyta się z zapartym tchem. Są ciekawie napisane, niosą ze sobą ogrom wiedzy historycznej, odsłaniają nieznane fakty z biografii lekarzy weterynarii a  ubogaca je także nuta metafizyki, niczym złota nić arrasy. Wielce zasłużenie Włodzimierz Gibasiewicz otrzymał w 2012 roku Odznaczenie Honorowe Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych jako Autor wyróżniającej się książki weterynaryjnej[1]. Bez wątpienia zasługuje też na weterynaryjnego Nobla ( może ktoś go  - wreszcie! – ustanowi)[2]. Z pewnością trafi wówczas do rąk Włodzimierza Gibasiewicza, który jest w swojej dziedzinie bezkonkurencyjny!

 

            Książka Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt, to pomnik postawiony kilkudziesięciu lekarzom weterynarii, których ocala od zapomnienia, ale także ojcu autora, Kazimierzowi Gibasiewiczowi (1925-2004), który – jak głosi dedykacja – będąc technikiem weterynarii, zrobił wszystko, by syn został lekarzem weterynarii. Został. I to jakim! Tato Kazimierz (…) przez wiele lat pracował w terenie w Lecznicy dla Zwierząt i przez wiele lat w zakładzie mięsnym jako technik-oglądacz zwierząt rzeźnych i mięsa. Wybrał sobie jednego z synów i od najwcześniejszych lat systematycznie pracował nad nim, by przekonać go do tego zawodu. Często jeździli razem w teren na wizyty… Końcowy efekt pracy nad synem wyglądał tak, że ten podjął naukę w technikum weterynaryjnym, odbył roczny staż technika weterynaryjnego w lecznicy, prowadził samodzielnie punkt weterynaryjny i w końcu dostał się na studia weterynaryjne.

 

            Razem prowadzili badania, które publikowała „Medycyna Weterynaryjna”. Kazimierz był nauczycielem techniki badania poubojowego zwierząt wielu stażystów lekarzy weterynarii. Za swoją perfekcję i sumienne przekazywanie zdobytej wiedzy zyskał uznanie lekarzy weterynarii odbywających praktyki i staże rzeźniane w Ostrowie Wielkopolskim.

 

            A zatem, wśród odnalezionych głosów brzmi również głos Ojca, spinający ogniwa dziejów na drodze zawodowej solidarności pokoleń. Wspomniana dedykacja to piękny gest autora. I nie tylko gest bynajmniej. Stanowi także świadectwo głębokiej duchowości syna, który jest nie tylko doskonałym fachowcem, ale i wielkim humanistą świadomym faktu, iż przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie istnieją osobno, lecz są powiązane w jeden węzeł (św. Augustyn), o czym – jakże często – zdają się zapominać różni wielcy tego świata. Kazimierz, syn Antoniego, przekazał synowi Wlodzimierzowi nie tylko tajniki medycyny weterynaryjnej, lecz również pamięć, tradycję i przekonanie o konieczności jej trwania, miłość ojczyzny (ach, jakie to dziś niemodne!)[3] i świadomość korzeni. Każdemu człowiekowi potrzebne są korzenie i skrzydła, ponieważ bez nich nie sposób „ponieść Ziemi”. Świadomy ich jest autor Odnalezionych głosów, świadomi ich byli też bohaterowie tej książki, których, jak pisze we wstępie autor, spostrzegamy przede wszystkim jako lekarzy weterynaryjnych, ale także jako dowódców i żołnierzy, walczących na wszystkich frontach II wojny światowej o wolną ojczyznę, również jako wybitnych sportowców, ale zawsze jako skromnych i prawych ludzi.

 

            Jeden rozdział jest ciekawszy od drugiego, a jest ich… trzydzieści osiem. I jeszcze Memento, warte uważnego przeczytania i refleksji. To nie kwestia przypadku z pewnością, iż książkę otwiera rozdział, którego bohaterem jest Władysław Godfreyow, potomek irlandzkiego szlachcica, absolwent Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie (1927), lekarz weterynarii w 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich. Na kanwie jego biografii można by nakręcić pasjonujący film. Poza talentem malarskim, który odziedziczył po nim wnuk, Yarek Godfrey (mieszkający we Francji artysta-malarz, znany w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach Europy, z wyjątkiem Polski) posiadał wiele zainteresowań pozazawodowych. Ojciec wyobrażał sobie – wspomina córka Władysława Godfreyowa, matka Yarka –  że, pewnego dnia, kiedyś w przyszłości, będzie możliwe odnaleźć głosy ludzi sprzed tysięcy lat, które są stale zagubione w przestrzeni…(s.25 )Włodzimierz Gibasiewicz odnalazł jego głos i dziesiątki głosów jego kolegów-lekarzy weterynarii, w tym także przedstawicieli mniejszości narodowych (lekarzy weterynarii), o których brak było dotychczas jakichkolwiek publikacji. Także w tym kontekście Odnalezione głosy są dziełem pionierskim.

 

            Wypowiedź Władysława Godfreyowa stała się inspiracją dla autora w wyborze tytułu recenzowanej książki. Jej okładkę, estetyczną i przemyślaną, ozdobiła reprodukcja obrazu Yarka Godfreya Inferno di Cielo (Pieklo nieba). To znakomity pomysł i znakomity obraz, którego sens i symbolika doskonale korespondują z treścią książki. Yarek Godfrey uznawany jest przez krytykę za przedstawiciela polskiego orfizmu, inspirowanego abstrakcyjnym kierunkiem w malarstwie francuskim z początku dwudziestego stulecia. Orfizm jest doktryną związaną z mistycznym kultem Dionizosa głoszącą tezę o dwoistości natury ludzkiej ( walka dobra ze złem oraz nieśmiertelnej duszy, dążącej do uwolnienia się z więzów ciała), wprowadzającą koncepcję życia pozagrobowego. A zatem, „piekło nieba” nawiązuje do istoty kierunku, lecz ma również wymiar głęboko symboliczny. Walka dobra ze złem obecna jest także w wielu biografiach bohaterów książki Włodzimierza Gibasiewicza. W swojej tułaczce i dramatach życiowych doświadczyli dobra i zła, na swych ścieżkach spotykali dobrych i złych ludzi. Córka Władysława Godfreyowa wspomina: Nie mogliśmy już dłużej zostać w Uhornikach. Pewnego dnia przyszedł do mamy syn jej koleżanki ze szkoły, która była modystką i miała sklep z kapeluszami. „Nie wiem, czy pani wie – zapytał – ale za pani męża dają 2 tys. rubli…” Mama odparła: „No to może sobie pan zarobić…”. (s.31) Nie zarobił. Zwyciężyło dobro. I jeszcze opowieść Yarka Godfreya zaczerpnięta z rodzinnych wspomnień: Do gabinetu Dziadka przychodzi dwóch podoficerów SS z owczarkiem niemieckim chorym na nosówkę z żądaniem zajęcia się tym zwierzęciem. Po badaniu Dziadek mówi, że niestety trzeba go uśpić. Moja Babcia, która rozumie trochę niemiecki, mówi do swojego męża po polsku: „Władziu, możesz powiedzieć panom, że masz dużo tej trucizny – dla nich nawet wystarczy…”. Po uśpieniu psa, wychodząc, jeden z żołnierzy odwraca się w stronę Babci i mówi… po polsku: „Niech pani uważa na przyszłość z językiem…”. Babcia zemdlała, a Dziadek wybiegł za nim, przepraszając w czystym niemieckim języku. Byli to Niemcy ze Śląska, z „dobrych rodzin”, którzy „chowali się przed wschodnim frontem”.(s.35) I znowu zwyciężyła lepsza strona ludzkiej natury. Lecz książka Włodzimierza Gibasiewicza opowiada także o morzu zła, okrucieństwa i cierpienia. Warto przytoczyć tu słowa Trudi Canavan z „Szeptów dzieci mgły i innych opowiadań”: Ze straszliwych wypadków mogą narodzić się dobre rzeczy, jeżeli tylko wyciągniemy wnioski z naszych błędów i zapiszemy to, czego się nauczyliśmy dla przyszłych pokoleń. Książka Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt jest bardzo pomocna w tej nauce.

 

            Nie sposób omówić w niniejszej recenzji wielu pojawiających się na kartach tej książki postaci. Niezwykle interesująco opowiada w niej autor m.in. o lekarzach weterynarii będących generałami Wojska Polskiego ( Anastazy Bobrowski, Maksymilian Hieronim Kowalewski, Józef Gabriel Malewski, Józef Starkowski – pierwszy lekarz weterynaryjny polskich ogrodów zoologicznych (tu opowieść o „małym Cohnie”, słoniu indyjskim, nie mniej interesująca niż ta o generale),Aleksander Michałowski) , o lekarzach weterynarii pochodzenia tatarskiego,wielce zasłużonych dla Rzeczypospolitej i środowisk lokalnych (Bekir Biciutko, Stefan Chazbijewicz, Rustym Murza-Murzicz, Julian Wójcik (Wujcik), a także  wyznania mojżeszowego (Mojżesz Kobryk, Symcha Koch) i prawosławnego (Bazyli Kobryń). Nie mniejsze zainteresowanie budzą też relacje o Lesławie Jaeschke, pilocie RAF, a po wojnie lekarzu weterynarii czy lekarzach weterynarii, którzy brali udział w bitwie o Monte Cassino (Bernard Adolf Karge, Henryk Oktawiec, Zbigniew (Vincent) Doroszyński, Bolesław Wrzask, Józef Franciszek Stojowski, Eugeniusz Prześlakowski, Bazyli Martysz, Junosza Władysław Gałecki, Czesław Klonowski, Zygmunt Stanley Krukowski, Witold Józef (Walter) Sojka), czy pochodzący z Zabudowa, nieżyjący już, Mieczysław Szyłkiewicz, wielce szanowany w środowisku kombatanckim, stały uczestnik delegacji rządowych na rocznicowe uroczystości na bitewnych polach Monte Cassino, Ankony i Bolonii, którego miałam zaszczyt znać osobiście i cieszyć się jego przyjaźnią, podobnie, jak dr. Jan Krupa z Białegostoku, autor kilku artykułów poświęconych temu bohaterowi. Zainteresowała mnie również postać porucznika Józefa Franciszka Stojowskiego, urodzonego w 1912 roku w Knihininie, w województwie stanisławowskim, lekarza weterynarii, który brał udział w kampanii włoskiej 1944-1945 (1 KPAL) w walkach o San Biagio i Filottrano[4]. Poległ 27 czerwca 1944 roku i został pochowany na polskim cmentarzu wojennym w Loreto (grób VII-E-2)[5].

 

            Odnalezione głosy zawierają też szkice o lekarzach weterynarii wyróżnionych medalem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”[6] ( Janina Oyrzanowska-Poplewska, Remigiusz Węgrzynowicz, Antoni Żal).

 

            Nie zawsze udaje się scalić biografie, choć Włodzimierz Gibasiewicz dąży do tego niestrudzenie. Czasem pozostają pęknięte, niczym fotografia Adolfa Wollersdorfera, który, jak zdołał ustalić autor, nie był lekarzem weterynarii. Podobnych uściśleń biograficznych a czasem i sprostowań, dzięki benedyktyńskiemu trudowi Włodzimierza Gibasiewicza, mamy w tej pracy więcej. Wielu faktów biograficznych, mimo usilnych starań nie udało się ustalić, jak chociażby tych, dotyczących Eugeniusza Warnickiego (przebywał w Oflagu II C Woldenberg (dzisiejszy Dobiegniew), czy brał udział w walkach na polach Francji 1940 roku?) A może jednak jedno i drugie? (choć wydaje się to niemożliwym), wszak w czasie wojny zdarzały się wypadki, o których „nie śniło się nawet filozofom”.

 

            Książka Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt to praca ważna i potrzebna. Styl „gawędy uczonej” przyjęty przez autora, rozszerzy z pewnością krąg czytelników tej publikacji – jak zawsze w przypadku Włodzimierza Gibasiewicza – niezwykle rzetelnie i starannie przygotowanej, z zachowaniem wszelkich prawideł warsztatu badawczego historyka. Pracę wydała Warszawska Firma Wydawnicza s.c. (Redakcja i opracowanie graficzne Pracownia Wydawnicza AD VERBUM), za co należą się jej wyrazy uznania, że promuje książki wartościowe i chroni je przed zatonięciem w morzu miałkiej (przeważnie) wydawniczej sieczki. Czytelnikom pozostaje nadzieja, iż Włodzimierz Gibasiewicz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i że ciąg dalszy nastąpi, ku satysfakcji autora i pożytkowi ogółu.

 

 

 

 

                                                                       Teresa Zaniewska

 

 

 

Włodzimierz Gibasiewicz, Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt, Warszawska Firma Wydawnicza s.c., Warszawa 2013, ss.279.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



[1] Nagrodę otrzymał za pracę Lekarze weterynarii – ofiary II wojny światowej.

[2] Naprawdę warto! Do historii przejdą nie tylko jego laureaci, ale także pomysłodawcy i darczyńcy.

[3] Włodzimierz Gibasiewicz pisze: Przypominając nazwiska i życiorysy kilkudziesięciu lekarzy weterynarii, pragnę pokazać, iż w tak małej grupie zawodowej znalazło się tak wielu patriotów, wielu dzielnych i mężnych, i godnych wyniesienia na pomniki. Tak mała, a zarazem wielka duchem grupa skromnych i oddanych Ojczyźnie ludzi. Czy to nie zadziwiające? (s.14)

[4] G. Santarelli, La Battaglia di Filottrano 30 giugno – 9 luglio 1944, Citta di Filottrano 2004.

[5] B. Jackiewicz, G. Campana, „Per la nostra e vostra liberta”. Loreto: Il Cimitero Militare Polacco, Roma 2007, s. 266; Przewodnik po Polskich Cmentarzach Wojennych. Monte Cassino, Loreto, Bolonia, Casamassima, oprac. A. Studziński OP, Oficyna Wydawnicza Lumen, Warszawa 1994, s. 202.

[6] Jeżeli człowiek niszczy jedno życie, to jest tak, jak gdyby zniszczył cały świat. A jeśli człowiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby uratował cały świat, Talmud Babiloński, Sanhedryn 37a.